poniedziałek, 30 czerwca 2014

What's the thing with TFIOS?

Autor: John Green 
Ilość stron: 313

Mieszkam za granicą, nie wiem więc za dokładnie co się w Polsce dzieje w związku z „Gwiazd Naszych Wina”, ale u mnie jest SZAŁ. Ma to na pewno wiele wspólnego z tym, że film miał premierę około miesiąca temu i co druga nastoletnia osoba spędza tu pół dnia na YouTubie, na którym to pan John Green, autor wyżej wymienionej książki, jest dość znaną osobistością. Szanuję i podziwiam pana Greena, nie mam najmniejszego zamiaru obrażać go, bądź też jego dzieła, którego bronią rzesze wiernych fanów. Chciałam tylko wyrazić moje zdanie, ponieważ po to ten mój blog nieszczęsny założyłam, a prawda jest taka, że ja do fanów książek pana Greena nie należę. Uważam też, że „Gwiazd Naszych Wina” ma kilka dość oczywistych i widocznych gołym okiem wad, które mnie dźgały w duszę za każdym razem, gdy się na nie natykałam i pomimo miesięcy rozmawiania z innymi czytelnikami tej książki i przeglądania Tumblr'a, for internetowych itd., nie znalazłam za dużo osób śmiejących wyrazić negatywną opinię o „GNW”. Gdy się już ktoś taki pojawił, natychmiast zostawał zasypywany bądź to obelgami ze strony „fanów” książki, bądź też zarzucany tekstami typu „nie zrozumiałeś książki”, „nie potrafisz wczuć się w główną bohaterkę”, „nie rozumiesz tego, nie rozumiesz tamtego, bla, bla, bla...”.  

Ok, here's the deal. Podeszłam do tej książki bardzo otwarta na coś nowego, świeżego, nie miałam za wiele oczekiwań, nie wiem za wiele o pacjentach z rakiem, więc na serio, mógł mi pan Green w tym momencie sprzedać WSZYTSKO. A nie sprzedał mi nic. Przeczytałam „GNW” dwa razy, za drugim razem sprawdzałam każdą stronę z uwagą godną średniowiecznego mnicha, szukając mądrości i poruszających morałów, które przegapiłam z początku, bo „nie zrozumiałam”. 

I nie znalazłam nic dla siebie niestety. Jest w tej książce mnóstwo symboliki, której nie pojmuję, jak choćby znaczenie Petera van Houtena, Some infinities are bigger than other infinities”, analogia Hazel i Anny- czy ta analogia coś znaczy? Czy Augustus też miał jakieś symboliczne lub metaforyczne znaczenie, z racji tego, jak sztuczna i papierowa była jego postać?
Skoro jesteśmy już przy postaciach, wydawały mi się płaskie, przerysowane, nie mogłam się w ogóle zaangażować w relację pomiędzy Hazel i Augustusem, było to strasznie suche. Czasem ktoś powiedział coś praaawie zabawnego, ale przeważnie było nudno, przewidywalnie i miałam przeczucie, że (please don't kill me) czytam coś, co CHCE być książką. Coś, co za wszelką cenę CHCE być poruszające, pełne morałów, romantyczne, mądre i wypełnione symboliką skłaniającą do rozmyślania nad życiem. Czułam, że ta książka mi się narzuca, że koniecznie chce mnie zauroczyć, sprawić, że wykrzyknę wooooow. Ale no kurdesz, nie udało jej się i nie wiem co z tym zrobić, bo wierzcie mi, mimo całej mojej zgryźliwości i dziobania, ja naprawdę mam ogromną ochotę tę książkę polubić. Ale nie potrafię, bo jest to dla mnie za suche, jak parodia czegoś, czym miało być, naśladowca, try-hard.

Cenię tę książkę za to, co znaczy dla milionów ludzi, za historię, która w gruncie rzeczy przyczynia się do tworzenia społeczności i skłoniła wielu moich przyjaciół do przeczytania jej, choć w życiu ich wcześniej z książką nie widziałam.

Ale nie cenię jej za wartość literacką. Over-hyped i tyle. 

Moja ocena: 3/5

PS: HOW HOT IS THIS GUY???  It should be illegal.

środa, 11 czerwca 2014

City of Heavenly Fire

Autorka: Cassandra Clare
Ilość stron: 725
Seria: The Mortal Instruments
Tom: 6

!!!SPOILERY POPRZEDNICH CZĘŚCI SERII!!!

Sebastian Morgenstern nie traci ani chwili, systematycznie kierując Nocnych Łowców przeciwko im samym. Posiadając Piekielny Puchar może on przeistaczać Nocnych Łowców w istoty z horroru, rozdzierając przy tym rodziny i ukochanych i wzmacniając szeregi swojej armii Mrocznych.
Osaczeni Nocni Łowcy wycofują się do Idris- jednak nawet sławne Wieże Demonów nie są w stanie utrzymać Sebastiana poza granicami. Kto będzie bronił świat przed demonami, jeśli Nephilim są uwięzieni w Idris?
Gdy jedna z największych zdrad w historii Nephilim zostaje odkryta, Clary, Jace, Isabelle, Simon i Alec muszą uciekać- nawet jeśli ich podróż zabierze ich głęboko do Krain Demonów, gdzie żaden Nocny Łowca nie postawił jeszcze stopy, i skąd nie wrócił żaden człowiek.

Szóstej części cyklu The Mortal Instruments oczekiwałam bardzo bardzo. Miałam ogromną nadzieję na zadowalające zakończenie, coś co łamie serce, ale je jednocześnie koi, krótko mówiąc wizytówka Cassandry Clare, jeśli chodzi o zakończenia serii. Czy to otrzymałam?

Główna bohaterka się nic a nic nie zmieniła, Clary uwielbia wchodzić prosto w oczywiste pułapki i dawać się złapać, co mnie niesamowicie irytowało, ale z drugiej strony, gdyby ta dziewczyna się tak na wszystko nie porywała, nie byłoby połowy akcji w tej książce :D. Humor jak zwykle w książkach pani Clare świetny, w tej był on przegenialny. Nieraz zaśmiałam się na głos, daję za to OGROMNY PLUS. Mam wrażenie, że kulminacja miała wyjść epicko i z patosem, wyszła moim zdaniem okej. Nie ma się do czego przyczepić, ale fajerwerków też bym nie odpaliła. Książka, jak i cała seria podobała mi się głównie ze względu na postaci, które są tak nietuzinkowe i przesympatyczne, że nie mogłam przestać czytać. Natomiast do zakończenia, którego TAK się bałam, nie mam absolutnie nic. Było przesłodkie, przefajne, przeidealne, loved it.

Książki z serii „The Mortal Instruments” mają swoje wady, zwłaszcza te pierwsze, dlatego rozumiem ludzi, którzy po przeczytaniu pierwszej części stwierdzili, że to nie dla nich. Mnie samą do dalszej lektury motywowała tylko „faza” na te książki oraz czysta chęć zrozumienia, co też ludzie w tym widzą. Jednak cieszę się, że po nie sięgnęłam. Ta historia jest jak wino, im dłużej postoi, tym lepiej smakuje.

Osobiście uważam, że książki z serii „The Infernal Devices” są trochę lepsze, z powodu miejsca akcji (Londyn, XIX wiek ^^), postaci, które bardziej przypadły mi do gustu, legendarnego trójkąciku miłosnego, multum innych powodów. Dlatego najbardziej w „City of Heavenly Fire” podobał mi się splot z serią TID oraz wstęp do najnowszej serii autorki, „The Dark Artifices”, który jest całkiem obfity w detale. Poznajemy Emmę i Juliana, tło ich znajomości, cały prolog jest poświęcony właśnie im.

Znalazłam też maleńką wspominkę o bohaterach kolejnej serii autorki, „The Last Hours” (ma kobieta wenę), James'ie i Lucie, kimkolwiek są.

Cassandra Clare stworzyła świat, którego nie zamierza póki co porzucić i nie mogę powiedzieć, żebym miała coś przeciwko.

Moja ocena: 5/5

PS: Jeśli czytaliście TID, może zrozumiecie. Nieźle się uśmiałam:

"The Herondales have always been a family more prized for their jawlines, than their intelligence. As for the Lightwoods, the less said, the better. Generations of idiots.  

poniedziałek, 2 czerwca 2014

The Ring & The Crown

Autorka: Melissa de la Cruz
Ilość stron: 384

Księżniczka Marie-Victoria, dziedziczka Liliowego Tronu, i Aelwyn Myrddn, nieślubna córka Wielkiego Maga Anglii wychowały się razem. Która z nich będzie rządzić, a która służyć?

Spokojna i delikatna, Marie nigdy nie potrafiła dorosnąć do oczekiwań swojej matki, królowej Eleanor Drugiej, Najwyższej Władczyni Franko-Brytyjskiego Imperium. Z pomocą swojego Naczelnego Merlina, Emrysa, Eleanor udało się zachować całkowitą kontrolę nad jedynym źródłem magii na świecie. Rządzi ona najpotężniejszym imperium w historii świata.

Lecz nawet z pomocą magii Emrysa, przedłużone życie Eleanor dobiega końca. Księżniczka Marie-Victoria musi wyjść za mąż i sprowadzić na świat dziedzica, lub Imperium będzie narażone od strony ich największego wroga, Prusów. Oba królestwa muszą się zjednoczyć, aby zakończyć wojnę, i jedynym rozwiązaniem jest połączenie Marie i księcia Leopolda VII, dziedzica pruskiego tronu. Ale Marie od zawsze kochała Gilla, jej przyjaciela i żołnierza Gwardii Królewskiej.

Wspólnie, Marie i Aelwyn, potężna czarodziejka, wymyślają plan. Aelwyn przybierze twarz Marie, umożliwiając księżniczce ucieczkę z Gillem oraz spokojne życie, którego zawsze pragnęła. Zaś Aelwyn dostanie to, o czym zawsze marzyła- szansę na panowanie królestwem. Ale dworskie intrygi i żądza władzy w Lenoriańskiej Anglii są głębsze niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić.

Ostatecznie na dworze Eleanor liczy się tylko jedna zasada; nie ufaj nikomu.

„The Ring & The Crown” ma dość ciekawą strukturę, książka składa się z wielu wątków i wielu punktów widzenia, jest tu 5 narratorów, każdy ma dosyć odmienną historię, a jednak wszystkie składają się w całość. Przypomina mi to nieco strukturę „Gry o Tron”, gdzie jest multum postaci, wiele wątków pobocznych i wszystkie zmierzają w jednym, bądź podobnym kierunku. Jednak zamiast fantastycznego świata Westeros mamy tu arystokratyczne towarzystwo Londynu na początku XX wieku. Powieść skupia się na postaciach kobiecych, na ich losach i bezsilności wobec wieloletnich tradycji i oczekiwań społeczeństwa, które zmuszone są spełnić, by w nim pozostać.


Pierwsze ¾ tej książki jest cudowne, nie byłam w stanie jej odłożyć. Sezon Londyński, wielkie bale, herbatki, przyjęcia ogrodowe i polowania, do tego ta atmosfera przepychu, arystokracji, pięknych sukien i przystojnych kawalerów. Za same pierwsze 300 stron tej książki byłabym gotowa dać jej 5/5. Ale jak wiadomo, książka to multum czynników i jednym z najważniejszych jest zakończenie. A ja ostatnie 70 stron tej książki miałam ochotę odrąbać siekierą.
Wyobraźcie sobie książkę, która zapowiada się świetnie, bardzo wam się podoba, dumacie nad tym, jak się skończy i nagle BAM. Autorka wam takie ***** zapodała, że w pewnym momencie byłam przekonana, że robi to z jakąś ironiczną intencją nabijania się z własnego „dzieła”. Nie. Po prostu nie.

Miałam kilka ulubionych postaci, których istnienie w obliczu takiego zakończenia nie ma sensu. Autorka stara się zakończyć książkę swego rodzaju lekcją moralną na temat obowiązku, jaki przychodzi wraz z władzą, czego się w ogóle nie spodziewałam. Ja się niczego w tym zakończeniu nie spodziewałam. Nie wiem, dom jej się palił że coś takiego napisała? Jaki edytor, jaki wydawca nie widzi tu tej profanacji??? Taka fajna historia, takie kiepskie zakończenie.
Polecam, jeśli podoba wam się tematyka, ale dla własnego dobra przestańcie czytać od strony 306. Tego zakończenia to ja nie wybaczę.

Moja ocena: 2/5